Parafia pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

Katolickie Stowarzyszenie Misyjno – Charytatywne

Katolickie Stowarzyszenie Charytatywno-Misyjne im. Sary Gabrieli Ściepuro zostało formalnie zarejestrowane przez Arcybiskupa Metropolitę Wrocławskiego Mariana Gołębiewskiego 4.10 2011 roku. Przez osobę ks. prof. Franciszka Filipka zostajemy związani z parafią Najświętszej Marii Panny Królowej Polski na Klecinie we Wrocławiu. Oto krótka historia naszych działań, także sprzed nadania nam statusu kościelnej osoby prawnej.

Rok 1989 Wraz z dwójką przyjaciół Władkiem Stasiakiem i Kubą Gieysztorem wyruszam do Peru w Ameryce Południowej. To spotkanie z pięknem kontynentu a zarazem z niezwykle surowym życiem Indian zostaje w mej pamięci na długo. Zaraz po powrocie obiecuję Asi – ówczesnej narzeczonej a wkrótce żonie, że do Ameryki Południowej kiedyś razem pojedziemy.

1992, 1995, 2000 – rodzą się nam dzieci, Sara Gabrysia, Wojtek i Tomek. Od 1994 roku mieszkamy na stałe w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie budujemy rodzinę.
Grudzień 2008 – od naszych chorwackich przyjaciół – rodziny Pavkovic – dowiadujemy się po raz pierwszy o misji Cristo Misionero Orante w Ekwadorze. Przebywa tam wówczas Drina Covic, świecka misjonarka z Zagrzebia. Piszemy do niej maila z zapytaniem o misję i w odpowiedzi otrzymujemy… zaproszenie na misję. Asia podejmuje decyzję, żeby jechać od razu, bez wahania. Wojtka i Tomka chcemy zabrać ze sobą, Gabrysia z wyjazdem zgadza się poczekać, aż zda maturę.

Kwiecień 2009 – Gabrysia ginie na chodniku koło swej szkoły, potrącona przez samochód.
Styczeń 2010 – marzec 2010 – wraz z Asią, Wojtkiem i Tomkiem wyjeżdżamy na misję.

Od tej pierwszej wizyty u sióstr i Indian z Cristo Misionero Orante działania na rzecz misji, które realizujemy z grupą przyjaciół z Wrocławia oraz z Kotliny Kłodzkiej, stają się dla nas jedną z najważniejszych rzeczy, jakie podejmujemy w drodze do wieczności. W tym misjonarskim przedsięwzięciu patronuje nam Sara Gabrysia.

Misję odwiedzamy jeszcze dwa razy, w 2012 (całą rodziną) oraz 2013 roku z Wojtkiem i jego przyjaciółmi ze szkoły – Paulą Gomułkiewicz i Elliotem Lisem.

Rzeczywistość misyjną opisujemy w naszym blogu misja-ekwador.blog.pl, na stronie stowarzyszenia naszamisja.pl i w naszych wydawnictwach.
Poniżej kilka naszych refleksji po wizycie z roku 2012.

Las ninas – dziewczęta na misji.

Oyacoto, Cristo Misionero Orante. Ekwador AD 2012.

Mają 12-17 lat. Nieliczne młodsze trafiły do sióstr, bo ich sytuacja rodzinna była szczególnie niedobra. Jest też kilka starszych, które chodzą jeszcze do liceum i nie zdecydowały, co dalej. Te z największym stażem, najambitniejsze, już za rok rozpoczną studia. Niektóre powrócą do domów rodzinnych, by wyjść za mąż. Czasem oznacza to zostać kolejną żoną jakiegoś mocno dorosłego Indianina.

Wśród 32 dziewcząt, mieszkających na misji obecnie, zdecydowana większość to Indianki z groźnego amazońskiego plemienia Shuar, łowców głów. Wiedzą one, jak spreparować głowę zabitego człowieka do wielkości zaciśniętej dłoni dorosłego.

U sióstr zamieszkały za zgodą rodziców, uciekały przed często okrutnym losem młodej kobiety w Amazonii. Dwa lata temu na modlitwie wieczornej s. Maritza zapytała: Kiedy po raz pierwszy myślałaś o samobójstwie?
Opowiadały, bez wyjątku, każda.

Jedną z kart wystawy „I Bóg stworzył Ekwador” opowiadającej o Cristo Misionero Orante tytułujemy: Galeria uśmiechu. Bohaterkami tej karty są prześlicznie uśmiechnięte las ninas.

Chmurna przeszłość oraz niepewna przyszłość nie przeszkadzają w odczuwaniu radości. Radości odnalezionej pełni sensu, radości płynącej z odczucia, że jest się kochaną, radości obdarowywania sobą innych, bardziej potrzebujących. Ich uśmiechy są wyrazem ich obecnego stanu ducha. Świadectwem tego, co można doświadczyć wśród misjonarek z Cristo Misionero Orante.
Rozmowa z Gheseną, najmłodszą spośród las ninas, sierotą. Przyjechała na misję w jednej parze spodni i podkoszulku. Dziś nie ma wiele więcej, ale znalazła miejsce, w którym czuje się bezpieczna, kochana, potrzebna. Dziewczynka pyta o Afrykę, wie trochę o biedzie na Haiti.
– Chciałabym do Afryki pojechać – mówi. – Pomagać biednym.

Los ninos – dzieci Indian Quichua

Indianie z wysokich Andów, potomkowie dumnych Inków. Los indigenos, gospodarze miejsca. U siebie, ale zupełnie zagubieni. Alkohol, brud, agresja wobec najbliższych. Przekazywana z pokolenia na pokolenia bezradność. Błędne koło niemocy.

Siostry z Cristo Misionero Orante docierają do tych najuboższych. Z trudem zdobywają ich zaufanie. Na zorganizowanej przez siebie katechezie proszą, by dzieci zapisały temat zajęć w zeszycie. Uczniowie piątej klasy, los indigenos, nie potrafią jednak pisać. Dla ich szkolnych nauczycieli to normalność. Ich rodzice już dawno nauczyli się niczego nie oczekiwać. Od nikogo.
Decyzja o próbie zorganizowania przedszkola i szkoły wydaje się czystym szaleństwem. Bez pieniędzy to nie może się udać. Misjonarki jednak mocno wierzą. Również w to, że musi się udać.

Poniedziałek rano, godzina 7.45. Przed dużą metalową bramę podjeżdża kolejny busik załadowany dziećmi. To już ostatnie spośród ponad 200 dzieci, które dzisiaj dotarły do szkoły. Za chwilę, jeszcze przed lekcjami, zjedzą śniadanie. Trudno bowiem z pustym brzuszkiem myśleć o nauce. Potem kilka godzin zajęć – niełatwe to chwile dla dzieci i nauczycieli, ale są przecież wyraźne sukcesy – i ciepły posiłek południowy. Bo nie można liczyć na to, że wszyscy podopieczni dostaną coś do jedzenia po powrocie do domu.

Szkołę, przedszkole i żłobek, w sumie dla 200 dzieci, wraz z dowozem uczniów, kuchnią, sypialnią dla berbeci i stołówką prowadzą cztery siostry, cztery zaprzyjaźnione z nimi panie, teraz nauczycielki oraz grupa las ninas świeżo przybyłych z selva de selvas, serca Amazonii. No i Narcisa, sekretarka. Czasami do tego niezwykłego towarzystwa edukacyjnego docierają wolontariusze z Europy. I doświadczenia tego spotkania nie potrafią zapomnieć.

Obok Indian do szkoły trafiają także Murzyniątka, potomkowie niewolników przed laty przywiezionych przez białych na wybrzeże Pacyfiku do pracy na plantacjach bananów i trzciny cukrowej. Ich rodzice za chlebem dotarli na przedmieścia stolicy kraju, Quito, i tak znaleźli misjonarską szkołę. Są też dzieci białe, nawet z blond włosami. I dziwi się zrazu człowiek ich białością bardziej, niż głodem. Ale po chwili refleksji chce tylko pomagać, wszystkim.

Idę z Carlosem za rękę na piaszczyste boisko ? będziemy grać w piłkę. Chłopiec sięga do kieszeni i wyjmuje dwa herbatniki zawinięte w papierek.- Chcesz? – pyta.- Nie? No to schowam drugie ciastko na potem, zjem po meczu – kontynuuje mój mały czarny przyjaciel. Chwilę idziemy w chrupiącym milczeniu. – Bo wczoraj nic nie jadłem na kolację. Murzynek zamyśla się znowu na parę kroków. W końcu zdradza swój największy sekret. – A i dziś nie mamy pieniędzy, by kupić jedzenie.

Las Hermanas
Siostry z Cristo Misionero Orante.

Maestra, siostra Lenka z Chorwacji. Trafiła do Ameryki Południowej przed laty już jako misjonarka, wbrew nadziei i wbrew wyniszczającej ją chorobie.
Wyjazd na misje to w pani przypadku pewne samobójstwo – stwierdza prowadzący ją lekarz. Ale młoda Chorwatka nie przestaje prosić. W końcu Pan Bóg daje jej wyraźny znak, niezrozumiały tylko dla lekarza.
Choroba ustąpiła. Ale nie wiem, jak to możliwe. Nauka nie jest tego w stanie wytłumaczyć. No chyba, że uwierzymy w Boga.

Po kilku latach pracy misjonarskiej hermana Lenka decyduje się na kolejny radykalny krok w swoim życiu. Zakłada nowe zgromadzenie, Cristo Misionero Orante, aby być wśród los indigenos, najuboższych ludzi tej ziemi. Wkrótce uzyskuje błogosławieństwo biskupie i rozesłanie: do najuboższych…

AD 2012. Stan posiadania zgromadzenia po siedmiu latach pracy to trzy domy w Ekwadorze. W Oyacoto, w Marianas i w Canar. Jest też szkoła dla dwusetki dzieci i internat dla trzydziestki dziewcząt z dżungli amazońskiej. Sióstr w sumie dziesiątka, pracujących od świtu do późnej nocy. I rzecz najważniejsza, choć dla nas to największa niespodzianka i odkrycie. Radość. Niezwykła radość płynąca z bycia dla innych. Radość bardzo szczęśliwie zaraźliwa.

Największą troską założycielki są dobre powołania. Niekoniecznie liczne, bo w cztery w Oyacoto potrafią zrobić więcej, niż armia niepowołanych. – Nie umiem prosić o pomoc, mimo, że proszę dla innych. Ale Bóg przysyła nam dobrych ludzi. I oni pomagają nam pomagać. Bo bieda tutaj rodzi wiele zła…

Siostro. Zachorował ojciec. Nie mamy pieniędzy na lekarza. Czy siostra przyjdzie?
Czas: początek dwudziestego pierwszego wieku. Miejsce: równik. Wysokość : 2500 metrów Tak blisko do nieba. Zatem nic dziwnego, że modlitwa sióstr zostaje wysłuchana, gorączka ustąpiła. Dziwne nastąpi dopiero teraz. – Macie tutaj 10 dolarów, kupcie lekarstwa i żywność.
Obdarowani nie wiedzą, że to ostatnie pieniądze, jakimi dysponują siostry.

Dariusz Ściepuro